Spadek, część 1 i 2
Link 04.08.2010 :: 04:40

14 kwietnia - 9 maja 2006
Spadek, wstęp i część pierwsza

Autorstwa Kamila Liwińskiego



kłamałbym, gdybym powiedział, że wszystko zaczęło się od listu - bo tak naprawdę wszystko zaczęło się znacznie wcześniej, acz dopiero zaczynam zdawać sobie z tego sprawę. "Wszystko" - jakkolwiek to rozumieć - zaczęło się wiele lat wcześniej, gdy po raz pierwszy odkryłem, że rzeczywistość nie jest do końca taka, jaką się wydaje ogółowi. Okazało się, że, jakimś niepojętym dla mnie nawet teraz cudem, jestem w stanie samym jeno umysłem wpływać na czas - spowalniać go bądź przyspieszać wedle własnej woli. Niesamowita zdolność, acz nie szło się nią przed nikim popisać - próba zaimponowania pewnej koleżance skończyła się moim przebudzeniem w miejscowym szpitalu. Tydzień później.

Po latach, podążając ścieżkami losu, o których próżno by teraz opowiadać i poruszając po drodze wiele malutkich kamyczków, które spowodowały prawdziwe lawiny wydarzeń w późniejszym czasie, znalazłem się w Ameryce, na wymianie międzynarodowej. Kraj ten stanowił miły odpoczynek od szarej, polskiej rzeczywistości, która kojarzyła mi się wysoce negatywnie, głównie z powodu ludzi, którzy? ale, ale, to przecież straszne odchodzenie od tematu. Nie wiązałem swojej przyszłości z krajem wieki całe temu odkrytym przez pewnego portugalczyka (chociaż przecież wiadomym jest każdemu choć odrobinę materią ową zainteresowanemu, że spory o jego przynależność narodową wciąż trwają - któż w końcu nie chciałby mieć Kolumba wśród sławnych rodaków?), lecz przeznaczenie chciało inaczej - pewnego upalnego dnia przyszedł list - czy może powinienem odwoływać się do niego jako do Listu?

W największym skrócie - wielonarodowa (sądząc po nazwie) kancelaria adwokacka powiadamiała mnie, że oto stałem się dziedzicem pewnego Ludwika Potockiego (nadal nie mam pojęcia kto zacz...) i że, jeżeli chcę poznać dalsze szczegóły, powinienem stawić się na odczytaniu jego ostatniej woli - co też uczyniłem, zaintrygowany, jak zawsze, tym, co otoczone jest nimbem tajemnicy.

Na miejscu okazało się, że spadkobierców jest pięcioro, acz tylko dwoje - mnie wliczając - zjawiło się na odczytaniu ostatniej woli imć Ludwika P. Drugą przybyłą była mizernej postury - bez urazy dla rodzaju niewieściego - i nienajatrakcyjniejszej aparycji - ponownie bez urazy - kobieta, której twarz zrazu wydała mi się znajomą. Z opisu mego wynikać może, iż owa zahukane indywiduum brzydkim jest jako ta noc - zdecydowanie nie jest to prawdą, aleć takim moje pierwsze wrażenie było. Po chwili okazało się, że pani owa - Katrin jej miano - chrakteryzuje się także zgoła uroczą nieśmiałością i intrygującym błyskiem ciekawości w oku. Poświęcam jej opisowi tyle miejsca, gdyż okazało się, że najbliższy rok przyjdzie mi spędzić w jednym domu z kobietą, którą do tej pory widziałem może dwa czy trzy razy na uczelni... a jak do tego doszło?

Imć Ludwik Potocki w swym testamencie zaznaczył, że, w razie jego nieobecności dłuższej niż póltora roku, jego dom i majątek przechodzą na wymienionych spadkobierców, pod warunkiem jednak, że przez rok mieszkać oni będą w jego posiadłości znajdującej się w Deadwood (tak, tak, właśnie tym Deadwood - owianym mroczną sławą Deadwood znanym z czasów gorączki złota, gdzie krew lała się szerokim strumieniem jako ta rzeka - o tym także nie bez powodu wspominam, albowiem już po dwóch dniach okazało się, że przeszłość ma na nas, żywych, znacznie silniejszy wpływ niż mi się do tej pory wydawało). Majątek wspomniany drobnym bynajmniej nie był - mowa tu o pięciuset tysiącach dolarów. Kwota taka dla kogoś, kto urodził się i wychował w niezbyt bogatym kraju i, delikatnie rzecz ujmując, nie najzamozniejszej z rodzin nie jest czymś, co można lekkomyślnie odrzucić, takoż więc Wasz Uniżony Sługa - że posłużę się zwrotem żywcem zaczerpniętym z pism Świętej Inkwizycji - postanowił sprawdzić, co też się za całą materia obscura ową kryje. Sam nie wiem, być może przyjdzie mi jeszcze żałować tej decyzji?

Dom okazał się prześwietnym budynkiem posadowionym przy samych granicach miesteczka owianego posępną sławą, blisko lasu - miejscowego rezerwatu przyrody - i gór. Jednym słowem - ciężko o lepsze miejsce do prowadzenia badań naukowych w ciszy i spokoju, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę iście tytanicznych rozmiarów bibliotekę poprzedniego gospodarza. Palce mnie świerzbią na samą myśl o pożółkłych kartach owych woluminów i z niecierpliwością czekam chwili, w której będę mógł pogrążyć się w ich lekturze...

Nie dane mi jednak było spokojnie zasiąść do lektury przez czas dłuższy niż mgnienie oka - rzeczy osobliwe a straszne dziać się poczęły wkrótce po naszym (to jest: moim, Katrin i kota mego - a imię jego jest Mrok) przyjeździe ne miejsce. Zrazu dom zdawał mi się zwyczajnym miejscem, lecz wkrótce okazało się, że skrywa równie wiele tajemnic co i jego właściciel - a ulotny on był niczym duch jaki czy sen złoty, albowiem nikt nie wiedział o nim nic pewnego, a jego sąsiedzi zdawali się darzyć go szczerą niechęcią.
W ogrodzie domu znajdowały się rośliny, których wzrost stymulowany był czymś, co przekraczało pojęcie każdego bez mała botanika - nie waham się teraz by nazwać ową tajemniczą siłę po imieniu: rośliny rosły zdrowo i nie wymagały opieki dzięki magii, co Wasz Uniżony Sługa wykrył dzięki swoim nędznym umiejętnościom. Nie potrafiłem powiedzieć nic więcej na ten temat, lecz to był dopiero początek czekających na nas niespodzianek, gdyż oto w piwnicy domostwa odkryliśmy bulgoczącą sadzawkę bez widocznego dopływu i odpływu? dziwność nad dziwnościami i wszystko dziwność.

Sama osoba Katrin także okazała się jedną niespodzianką - Wasz Uniżony Sługa na własne niedowierzające oczy widział, jak kobieta owa - niepozorna jako żem wcześniej pisał - otwiera przejście do czegoś, co nie mogło być niczym innym niźli Drugim Światem (zwanym Umbrą, czyli, z łaciny, Cieniem - jak żem się w późniejszym terminie dowiedział). Nie zdążyłem na dobre przywyknąć do myśli, że po tym ziemskim łez padole stąpa więcej ludzi mnie podobnych - czyli obdarzonych mocami, które ciężko określić inaczej niźli mianem "nadprzyrodzony" - gdy w domostwie pojawił się trzeci ze spadkobierców - imć Marc Pototsky.

Jego kuśtykająca persona od samego początku wydała mi się lekko niepasująca do tego świata - zapewne można to przypisać wrażeniu chłodu, które poczułem, gdy tylko podszedł blisko. Późniejsze zachowanie owego jegomościa - wywodzącego się zresztą z TYCH Potockich - powiększyło tylko wrażenie niesamowitości z nim związane - oto zaczął wałęsać się po całym domostwie, pozornie bez celu, zbrojny w popiskujące z cicha urządzenie, które określał jako spektrometr multifunkcyjny (albo coś w tym guście - memoria Waszego Uniżonego Sługi fragilis est, wybaczcie). Wkrótce - oznajmiwszy uprzednio, że źródełko w piwnicy tak naprawdę jest dość silnym rezerwuarem magicznej energii - bez zbędnych ceregieli oznajmił nam, iż jest magiem i że czasy, gdy magowie posługiwali się zaklęciami mamrotanymi po łacinie i kreślili w powietrzu tajemne symbole zaklętymi ostrzami minęły i że teraz czarodzieje częściej poslugują się techniką... cóż, może jest to prawdą w jego przypadku, jednak ja nadal wolę, z całym szacunkiem dla osiągnięć technologicznych, posługiwać się zaklętym kawałkiem stali, który znacznie łatwiej wrazić we wraże trzewia niźli laptopa. Ale cóż, co kto woli.

Piszę o tym spokojnie, albowiem zdołałem już ochłonąć nieco po pierwszym szoku, jednak gdy posłyszałem nowiny owe przez długi czas głosu nawet dobyć ze się władny nie byłem. Był to jednak dopiero początek niespodzianek czekających Waszego Uniżonego Sługę owego dnia...

Gdym udał się na podwórzec ćwiczyć szlachetną sztukę władania mieczem (wiedzieć bowiem musicie, iż Wasz Uniżony Sługa od lat wielu praktykuje umiejętności uznawane za cąłkowicie zbędne we współczesnym świecie - szermierkę, łucznictwo, takoż i jazdę konną), nagle rozległo się opętańcze wycie watahy wilków, a wkrótce potem z okna dał się słyszeć krzyk w mym ojczystym języku. Krzyczał to imć Marc Pototsky, a przekaz jego brzmiał:
"Panie Kamilu, indianin jakowyś ku panu bieży!"
Wzruszyłem tedy ramionami, zachichotałem z lekka na dźwięk języka tak archaicznego w świecie tak współczesnym i, miecz na jedno z ramion zarzuciwszy, odpowiedziałem tymi słowy:
"Czym prędzej tedy udam się do furtki zobaczyć czegóż ów czerwonoskóry chce!"
 Jak powiedziałem tak zrobiłem - albowiem wiedzieć wam trzeba, że z bieżącymi indianami nie ma żartów, dość wspomnieć choćby straszliwego wodza siuksów Bieżącą Wodę?

Indianin faktycznie nadbiegł, ścigany przez zgraję wilków. Wpuściłem nieszczęśnika na teren posesji, zamknąwszy żelazną, solidną furtę przez nadbiegającymi drapieżnikami z gatunku canis lupus.

Wtedyż to stała się rzecz najbardziej chyba niesamowita - oto jeden z wilków przemienił się na mych oczach w ogromnych rozmiarów wilczo-ludzką dwunożną bestią i jął mocować się z furtą, pragnąc najwyraźniej dostać się do środka i przerobić Waszego Uniżonego Sługę i nieszczęsnego indianina na kotlety mielone z lekką domieszką kości. Zaskoczenie (i strach, albowiem nie mogę zaprzeczyć, że, mimo wrodzonej śmiałości, ręce me lekko drżały i spotniały wielce na skórą obciągniętej rękojeści miecza) nie wzięło bynajmniej góry nad dążeniem do obrony słabszych i oto Wasz Uniżony Sługa bez chwili wahania ruszył do boju z Bestią... los nie był tym razem łaskawy i nie poprowadził mego sztychu prosto do celu (chciałem bowiem jednym fachowym pchnięciem między oczy w sposób wielce zdecydowany zachęcić potwora do odejścia, takoż z tego miejsca jak i, co wielce prawdopodobnie, z tego świata). Chybiłem, lecz wilkołak i tak cofnął się i przyoblekł na się kształt ludzki, przecząc tym samym wszystkiemu zgoła co o jego rodzaju byłem czytałem? cóż, widać w legendach jest nie więcej niźli ziarnko prawdy tylko.

Bestie nalegały, by wydać im nieszczęsnego czerwonoskórego, lecz odmówiłem w sposób zdecydowany i kazałem im sprawdzić, czy przypadkiem nie ma ich w lesie, co z chęcią uczyniły. Chwilę później okazało się, że moim dzielnym towarzyszom, za przeproszeniem, szajba odbiła - zaczęli uparcie twierdzić, że indianin jest martwy - choć żem na własne oczy widział, że żywie i oddycha. Ba, chwilę potem zaczęli rozmawiać z kryształem przez Katrin trzymanym, czego było już za wiele dla Waszego Uniżonego Sługi? wsparłem się tedy o futrynę drzwi wejściowych do domostwa wiodących coby nie paść bez czucia na ziem i odczekałem chwilę pełną obłąkańczych wrzasków mych towarzyszy. Nalegali, by oddać czerwonoskórego wilkołakom na pożarcie i tym samym wkupić się w łaski futrzaków - starałem się wyperswadować im tenże pomysł jako tyleż nieludzki co okrutny, jednak oni pozostawali głusi na moje argumenty i twardo obstawali przy swoim. Przemówił im do rozsądku dopiero błysk zimnej stali i zapewnienie Waszego Uniżonego Sługi, że zrobią to, co zamierzają dopiero po jego uniżonym trupie? pomogło, acz na krótko.

Chwilę potem jeden z wilkołaków wdarł się na teren posesji - wpuszczony przez zdradzieckiego kuternogę - i ustrzelił indianina, który zamienił się w? złotą monetę. Cóż, Wasz Uniżony Sługa musi przyznać, że w majaczeniu jego z pozoru obłąkanych towarzyszy musiało być nieco prawdy? Monetę - ponoć przeklętą, acz niewiele żem pojął z rozmowy Marca z wilkokształtnym - zakopaliśmy poza murem posesji. Chwilę potem Katrin wpadła w jakiegoś rodzaju trans i zaczęłą panikować, twierdząc, że oto legion cały dusz potępionych tuż za furtą się czai... chcąc uspokoić niewiastę wyszedłem poza granicę podwórza i... cóż, muszę przyznać, że Coś naprawdę tam było. Pełni niepokoju udaliśmy się do wnętrza domostwa i zaprosiliśmy wilkołaka na herbatę, choć ja chętniej poczęstowałbym owego prostaka srebrną kulą...
Tak oto dobiegł końca dzień drugi naszego pobytu w Dziwnym Domostwie - a zdaje mi się, że to dopiero początek?






PD za sesję:
Pajonk - 1
Michał - 1 +1 za raport
Jaxa - 1

Klimat/Drama dajsy:
Pajonk - 1 KD - mało Cię było strasznie :(
Michał - 2 KD + 1DD(za raport) - a bardzo ładnie, postaciowo, nic dodać, nic ująć.
Jaxa - 2KD - byłoby i trzy, ale miałeś bonus sytuacyjny ;p

Zdrov,
yavi


Komentuj (0)




Dom w Deadwood
Link 01.08.2010 :: 16:56

Front



Parter i piętro:






Komentuj (0)




Zasady i ich zmiany
Link 20.07.2010 :: 19:43

Krótka errata, coby nie umknęła:

Mechanika broni

Rzucadło kostkami

Koszty w PD-kach zawsze mnożymy następny poziom, nie aktualny.
Rozwijanie:

Paradoks rozwija się sam :]


Zdrov,
yavi



Komentuj (0)




Przebudzenie, wstąpienie i ogólna apokalipsa, czyli Mag.
Link 17.07.2010 :: 23:27

W związku z ruszająca i chwalebną inicjatywą grania przez wynalazek szatańskich technokratów zwany Skype, się ustala się co następuje:

Wymyślcie sobie rekwizyty i ogólny sposób w jaki się magyą posługujecie.

 Ograniczenia
Punkty wolne za historię Polecam Wam również nieco zróżnicować "drużynowe" sfery i zdolności... albo pomyśleć co będzie, jak będą potrzebne.


Zdrov,
yavi



Komentuj (0)





Link 07.07.2010 :: 00:00

Ględzenie MG

Dobra, czas na erratę do zasad:

Pdki:
Wszystko liczymy razy następny poziom, zamiast aktualnego.
Poznanie nowych umiejętności/dyscyplin wymaga NAUKI.
Dodatkowo, nie rozwijamy posiadanych dyscyplin których nie używaliśmy prawie w ogóle w czasie sesji :)
Co więcej, dyscypliny Mortis, Dominacja, Prezencja(z posiadanych przez was) prawdopodobnie będą wymagać krótkiego treningu na kolejne kropy - "pokaż mi jak się to robi". No chyba, że mnie przekonacie, że nie mam racji.

Broń:
Najprawdopodobniej będę używał tej opisanej tutaj:
wampir.prv.pl-broń

Więzy Krwi:
Krew musi być podawana w odstępach co najmniej doby, nie da się związać zakołkowanego lub przebywającego w letargu. Wampirowi o lepszym(niższym) o przynajmniej 2 pokoleniu przysługuje rzut na Siłę Woli ST 8 i wydanie permanentnego punktu SW, żeby się całkowicie pozbyć Więzów, jeżeli są jeszcze na 1 lub 2 stopniu. Nie można tego oczywiście robić w obecności swego "pana".
Dodajmy jeszcze, że uczucie więzów jest wymuszoną miłością - zabójstwa z miłości już nie raz się zdarzały...
Ostrzegam też lojalnie przed indywiduami odpornymi na związanie...

Sesja piątek 15 pasuje? pisać na gg :)

yavi

Komentuj (9)





Link 04.07.2010 :: 00:00

21-22 grudnia 2004

Coś się kończy, coś się zaczyna.

By Ismael

Obudziwszy się, odebrałem pocztę. Zaproszenie na 'krwawe bachnalia' do Sarnath, osobiście podpisane przez Malachiego. Na odwrocie zdjęcie klejnotu, którego tak pragnie Midori... Jawna prowokacja. Co gorsze, prowokacja, na którą muszę odpowiedzieć po myśli prowokującego. Mariusie, jeśli nie wrócę, wiesz, gdzie mnie szukać. Ale do tego szczegółu jeszcze dojdziemy. Noc na dobrą sprawę rozpoczęła się od wizyty złożonej mi przez moich drogich, martwych przyjaciół. Pan Badeni, poproszony przeze mnie o pomoc, przywiódł osobę, jak sam twierdzi, bardziej od niego w tych sprawach kompetentną. Niejaka Anna Ashley /zapamiętać: sprawdzić nazwisko/ wydawała się równie jak Etherald uszczęśliwiona widokiem 'szczególnego przypadku'... obrzydliwe. Poczułem się jak na bankiecie u Giovannich, ale cóż, jestem to ojcu winien. Pokazałem moim gościom znaleziony w apartamencie Jeremiaha rysunek. Para nekrofilów zbladła jeszcze bardziej. 'Sumeryjski nieumarły król-kapłan, Kapadocius walczył z jednym z nich przez trzy dni, zanim go zwyciężył...'. Cokolwiek by to nie znaczyło, brzmiało groźnie. Muszę poruszyć źródła w Izraelu i dowiedzieć się więcej o tych wykopaliskach, może wtedy sympatyczna para będzie mi w stanie pomóc. Kiedy wyszli, wysłałem szybkiego smsa do Niemca - kim u licha był ten Kapadocius? Odpowiedź była szybka - 'Przedpotopowiec'. Moja cera nagle zbielała. Ale, pomijając całą grozę sytuacji, dlaczego wcześniej nie znałem tego imienia? Czy przypadkiem każdy z przedpotopowców nie założył własnego klanu? Dlaczego akurat o nim wspomniała Anna? Ciągnąc wywód dalej, do ciężkiej cholery, z jakiego klanu oni są?

Etherald prosi o rozmowę... Limuzyna, cafe, miła przyjacielska atmosfera... CO KURWA ZROBIŁ TEN SKURWYSYN?! Mało nie rozbiłem filiżanki. Lubiłem Bayerna. Dokładnie do tej pory. Ten kretyn zwinął księgę razem z pilnującym jej Willowem. I prosi o spotkanie. Niech się Malkavianin cieszy, jeśli dotrwa do końca, sprawdziłem kalendarz, tego tygodnia. Więc pojechaliśmy z Badenim na kolejne spotkanie. Po zabraniu Bayerna i Mechanika z jakiejś speluny, udaliśmy się na małą przejażdżkę. Malkavianin kręcił. Kręcił jak jasna cholera i choć Badeniego to nie ruszało, to ani ja, ani Mechanik nie mieliśmy ochoty na wysłuchiwanie jego tłumaczeń. Pomijając jednak ten wątek, okazało się, że, po pierwsze, imprezę w Sarnath miał uświetnić koncert Mechanika, a po drugie pozostali dwaj z pasażerów mojej limuzyny także byli zaproszeni. Godzina upłynęła nam na szukaniu jakiegoś planu... coś wymyśliliśmy, ale, niestety, dane były zbyt marne, by zbudować na nich zadowalającą konstrukcję. Kiedy ta noc już się kończyła, wiedziałem jedno - Maximilian Bayern zostanie w najbliższym czasie grzecznie poproszony o opuszczenie miasta.

I, wraz z kolejną nocą, show się zaczął. Ha, do twarzy było mi w tym purpurowym garniturze - aż zdziwiłem się, ile mój krawiec znalazł odcieni krwi. Może wkrótce pokażę mu kilka nowych? Ale, wróćmy do rzeczy. Plany zarzuciliśmy od razu. Koncert w głównej nawie kościoła, klejnot zawieszony nad rozszalałym tłumem, dokładnie na widoku trójki starszych Tzimisce... trójki? Nieszczęścia coś mnożą się ostatnimi czasy. Nie było możliwości, trzeba było czekać na rozwój wypadków. A te się rozwijały. Rzeczywiście, zaproszenie nie było pisane na wyrost. Krwawa orgia. Kilkunastu spokrewnionych, korzystających ze wszelkich nadarzających się okazji do wypicia, użycia krwi i kolejnego wypicia; Ashley-w-Czerwieni, nie-sławna Toreadorka, szalejąca wśród kolejnych kochanków płci obojga, zmieniając co rusz wysysane ze swoich ofiar narkotyki na inne i blisko tysiąc sztuk rozszalałej młodzieży, z którego to tysiąca wielu nie było dane wrócić do domu. Tłum okrwawionych, spoconych, gryzących się nawzajem i kopulujących ludzi... Stern, kurwa, odwróć się na tej galerii, bo zaraz wpadniesz w szał... Stern się obrócił. Etherald właśnie dźgał jakiegoś dzieciaka nożem - TYM nożem. Widok tej sceny przywrócił mi kontrolę. 'Panie Badeni, czy jest pan świadomy tego, co właśnie zrobił? Wspomni pan moje słowa - ten nóż nie powinien był kosztować ludzkiej krwi.'. Mechanik dał koncert swojego nie-życia, tego nikt mu nie odmówi. Zszedł ze sceny, żegnani brawami jeszcze żywych i jękami umierających. Orgia wciąż trwała w najlepsze, kiedy wrota kościoła stanęły otworem, a w nich... Midori. Szybko zniknęła gdzieś w bocznych korytarzach. Nekrofila także gdzieś wcięło, ja zaś poszedłem razem z Mechanikiem i Malkavianinem, który właśnie opanował swój szał, szukać Tremere. W kotłującej się, ludzkiej masie, szybko zostaliśmy rozdzieleni. Rozentuzjazmowana Ashley złapała Bayerna, ciągnąc go do swoich prywatnych komnat, a Tibor Ferenczy, który nagle wyłonił się tłumu, poprosił mnie o rozmowę. Na Boga, przypomniałem sobie swoją młodość - to było piękne uczucie. Znowu wyrywam w przód. Delikatnie przeprosiłem Ferenczego za 'pewne błędy, wynikłe z mojego młodego wieku', a ten... zaskoczył mnie. 'Jest tu pewna osoba, której już nie potrzebuję. Nie okazała się warta trudu, który jej poświęciłem...'. Uśmiechnąłem się, ukłoniłem, z trudem mówiąc 'dziękuję'. Poprosił jeszcze, by moi przyjaciele 'nie robili głupstw' i zaprosił mnie na dół, za czas jakiś.

Rozpromieniłem się. Jest na tym świecie sprawiedliwość, nawet, jeśli to diabły mają ją wymierzać, jest sprawiedliwość! Słyszysz, dziecko? Jest sprawiedliwość! Ciesz się razem ze mną, moja droga! I ty także, przyjacielu! Niczym za dawnych lat, cieszyłem się, śmiałem i chwaliłem Boga - tyle, że zamiast śpiewać, piłem krew. To... to było piękne. Po prostu, brak mi słów.

Przyszła pora na zakończenie wieczoru. Bayern wyparował z siebie końską dawkę narkotyków, Badeni porozmawiał z kim chciał, a Mechanik... zniknął gdzieś. Zaraz, chyba z nim rozmawiałem. Tak, wypatrzył gdzieś tego swojego Setytę i pobiegł za nim. Stoimy we trójkę, kiedy Bayern mówi, że powiedział bibliotekarzowi od Midori, gdzie jest księga. Po tym, co o nim mówił? Że może zdradzić? Spojrzenie na Badeniego, gest ręki - nóż. Austriak powinien zginąć i to natychmiast. Miał jednak szczęście. Podszedł ghul i sprowadził nas na dół. Krótka wymiana zdań z Ferenczym, ten daje Niemcowi klejnot. Widocznie Tzimisce doszli z Midori do porozumienia... stwierdzili, że jeden Tremere w proszku, to lepiej niż dwoje całych. Co jeszcze dziwniejsze, Nipponka zdecydowała się zwolnić nas z naszego 'kontraktu'. A może to kolejny prezent od Ferenczego? Może, po tym, jak udało się nam wyrwać Schneiderowi księgę, Ferenczy stwierdził, że możemy mu się w przyszłości przydać? I ostatnie słowa naszego gospodarza... 'A pan, panie Bayern, opuści to miasto. Natychmiast.'. Nawet nie wiesz, szaleńcze, jaką przysługę ci wyświadczył. Żegnam ozięble.

Cóż zrobić, historia dobiegła końca. Zniszczyłem primogena i fundację Tremere. Jak się z tym czuję? To było jak zabranie dziecku cukierka... co prawda dziecku, uzbrojonemu w miotacz ognia, lecz wciąż dziecku. Wracam do siebie. Jeszcze tylko uprzedzić Mariusa o wydarzeniach tej nocy i mogę udać się na zasłużony odpoczynek. A co do ciebie, Arnitten, możesz być pewien jednego - będziesz żałować, że cię nie zabiję. Z całego twojego przegniłego serca, kanalio.

Co to, poczta? U diabła, jak ta koperta się tu znalazła? Usiadłem, otworzyłem, przeczytałem... rzeczywiście - u diabła. Kargaroth, więc tak Cię zwą, demonie. Śpieszy ci się z powrotem do mojej głowy? Ha, jeśli rzeczywiście się spotkamy, tym razem będę wiedzieć, co podpisuję.


Komentuj (7)





Link 03.07.2010 :: 00:00

18-19 grudnia 2004,

Czas Wyboru cz.1

By Max Bayern

Jak to dziwnie los potrafi być upierdliwym. Sisi, po tylu latach. Przeciwko mnie. I to jeszcze w takim momencie ? gdy całe miasto wrze, chmury zbierają się nad Rodziną i można by z tej zawieruchy jak najwięcej wraków wydobyć. Słodka upierdliwości.

Mechanic wyprowadził się ode mnie zaraz po wieczornym śniadanku. To dobrze i źle. Prawie ponownie wpadł szczęśliwy w pajęczynę. Prawie ? teraz jest podejrzliwy. Źle. Crevan poleciał do księcia się wypłakać, więc Setyci zwinęli manatki. To źle. Lilo... o Tobie, malutka zaraz pomyślimy.

Adrian załatwił co trzeba, zamówił co trzeba. Jutro też go wyślę, może wreszcie będzie. Coś czuje ze te kilka zabaweczek może się przydać ? stety-niestety.

Ze Sternem wreszcie udało się porozmawiać. Oj, i to nie jeden raz dzisiaj i wczoraj! Pierwsze spotkanie pozwoliło mi wysnuć przypuszczenie o dobrowolności ich współpracy z Midori. Mechanic potwierdził potem. Po długich bólach udało mi się ze Sternem ustalić wspólna politykę. Chociaż musiałem ustąpić. Czemu on tak bardzo obstawia za Midori, zamiast robić jej koło piekielnego zada? Mechanica rozumiem, ale Stern... Bo z tego co mówił, Marius nie wybrał jeszcze strony. Swoją drogą ? cenna informacja. Hm... ciekawe co to za kłopoty rodzinne z końca wczorajszej nocy?

Właśnie, Midori. Liczyłem na cieplejsze przyjęcie. I cokolwiek o Lilo. Lecz skoro tak postawili sprawę. Almeczka, książeczka, perełeczka. Ja dodaje z opcji jeszcze Schneidereczkę. Stern ? ucieczkę. Almeczka odpada ? Badeni skrewił. Z tego co mówiła nam mała, w apartamencie Sterna. Swoja droga, strasznie się pozmieniała. Książeczka, perełeczka ? wymagające i ryzykowne. Schneidereczka jest o tyle piękna, że do niego mamy już z czym iść, dla Midori musimy załatwiać. Ale nic to, podjęliśmy wspólna decyzje już. I tego się trzymamy, prawda?

Lilo, myślałem ze z Tobą łatwiej pójdzie. Midori nic. Gresil ? nic. Swoja droga ciekawa rozmowa, dużo wnosząca. Choć nadal jednego mi brakuje elementu układanki: po której szynie... To z wczorajszych. Dzisiaj byłem w sklepie. Nie po meble, ale właśnie po Lilo. I zostałem zirytowany, zamiast zostać poinformowany. Podpadli mi.

No i zachowanie Mechanika. Pieprzony Rosenkranz po raz kolejny się wmieszał. Isaac von Kempfer, Żelazny jak-mu-tam-było? Mag chyba. Oj, porozmawiamy sobie. Mechanic cię spotkał. Zirytował się i stracił cześć zaufania ? źle. Uprzedził mnie ? tyle dobrze. Tylko że teraz MUSZĘ mu Lilo odzyskać. Inaczej wszystko daremne. Ale jeśli się uda... Motor odkupuję od ręki.

Hm, dzisiejsze wydarzenia z klubu 69. Mogą wbrew pozorom wnieść wiele dobrego. Alma się piekielnie zmieniła. To... dobrze. Wujek Malachi, Arnitten gościem. Wujek Max? Almo kochana.... Jakie widelce? Już, już oddaję do tej restauracji. Niemniej jednak, dałaś mi jeszcze jedną ewentualność, dziękuję siostrzenico.

W każdym razie, nasz plan. Niedoskonały, ryzykowny, szalony ? wiem to, panie Stern. Ale ? masz lepszy? Poza ucieczka i ?sprawami firmy?? Phi! Willow jest do wzięcia, spokojnie. Jeszcze dziś. Potem jak planowaliśmy, będę się tego trzymał, nie obawiaj się. Zwłaszcza jeśli zechciałbyś pomoc mi w tej drobnostce o którą prosiłem. No i oczywiście jeśli Ty będziesz się trzymał mnie i nie wbijesz przysłowiowego kołka w tyłek. Trzymaj się na tym dywaniku. I zrelacjonuj, może zdołam pomóc.
A gdy tylko burza ucichnie, zajmę się Wami, Różokrzyżowcy. Opowiecie mi co się stało z moją Sisi, kto... ośmielił się ją tak skrzywdzić!

No, zaułek jest za rogiem A dopiero pierwsza....


Komentuj (4)





Link 02.07.2010 :: 00:00

17 grudnia 2004,

Kłopoty w Rose Parku cz. 2

by Max Bayern

Kempfer... Już wstajemy Maksymilianie, idziemy na cię zapolować!
Scheisse! Co on mi zrobił? Zielona poświata, słabo mi... Chociaż na łowy muszę iść... Dostał co prawda porządnie, nie powinien atakować dziś, ale lepiej być w pełni sprawnym. Adriaaan! Skombinuj jakieś papu. Dobra, czekam.

Mechanic? Cześć. Chciałbym z tobą pomówić, jutro? Nie, czuję się dobrze. No... może trochę martwo. Co, problemy z Setytami? Ciekawe... zwłaszcza, że kilka dni temu znaleziono w Rose Parku skamieniałą statuę. Chyba jeden z waszych. OK, o 20 w klubie 69 ? też będę miał do Ciebie sprawę.
Richard? Cześć. Mam pewne postępy. Wiem kto może siedzieć za tymi podpaleniami, choć to jeszcze nie potwierdzone. I... coś w sprawie tej statui. Mam parę osób które mogą coś o niej powiedzieć. Musisz tylko ją nam pokazać. Dobrze, ale lepiej o 21. Jutro.
Gdzie ten Adrian?

Cholera. Słabym. Co się śmiejesz gówniaro? Te, Alma! Jakbyś nie była taka mała, to bym wziął przez kolano i nauczył szacunku! Siedź cicho, bo mam widelce!
Dobra. Byleby go nie za bardzo pogryźć. Nawet niezły kawał bezdomnego, dzięki. Tylko czemu wychodzisz? Ech, będziesz się musiał przyzwyczaić jeszcze do wielu rzeczy.
No! Raz, dwa...

Au... Źle. Zemdleć w trakcie śniadania... Zaraz, gdzie moje kanapki? Cholera, ta plama wygląda źle. Adrian! Że co?! Wykrwawił się? Mea Culpa... Nie, twoja też! Na przyszłość, zostawaj przy mnie w takich sytuacjach.
Świta...

No, od razu już lepiej. Pracowita noc. Jeśli wszystkie czynniki zostaną spełnione, margines błędu nie przekroczony, korzyści mogą być wymierne. Szybkie śniadanko.
Klub 69. Akurat przyjechaliśmy symultanicznie. A co to za Brujah u jego boku? Lilo... nie znam. Potomek?
Witaj. Ustronny stolik załatw. Adrian, skocz sobie coś zamów. Kilka ekscentrycznych gestów żeby zrobić pozory... O! Wyłożymy karty na stół. Tylko bym ich potem nie zapomniał... Cygarko. Słucham?
Kincade i Paperbrock, wiem. Otwarli sklep u Was, wiem. Zaraz pod Lilo? Macie kłopoty? A prowokowaliście ich aby? Nie? Panie Mechanik... Tak lepiej. Co do posągu, to zaraz możemy iść go obejrzeć. Znaleziona 13go. Kincade spetryfikował ci łapkę? To się fachowo nazywa ? Bazyliszek. Za statuę też najpewniej odpowiada.
Powiem ci dlaczego się w to mieszam. Otóż Kincade i Węże chyba mnie także nie lubią. Jakby to źle brzmiało, najwyraźniej obrywa mi się za poprzednia współpracę z Tobą. Nasłał na mnie swojego współpracownika. Wielki, masywny, z blizną na twarzy. Nie jest kuzynem ni wujkiem ? ale bardzo mocny. On mi to zrobił. Musimy go dorwać żywcem.
Właśnie, teraz moja kolej. Schneider prosił was o pomoc, prosił o wydobycie skrzyni. Co się stało? Muszę to wiedzieć, jeśli mam pomóc. Kincade i Midori.... Dostaliście, ale udało się zwiać? Ładne określenie: polizała po jajcach. Ciekawe tylko co Twoja Lilo na to powie? No malutka, co powiesz? Oj, wy Brujah musicie nauczyć się panować nad emocjami, inaczej prędko wyginiecie! Nie przejmuj się, zaraz jej przejdzie.
O! Witaj Seed. Przyszła oto pora, ażebyśmy odeszli od stołu i udali się obejrzeć ową statuę, prawdopodobnie waszego krewnego. Jeśli chcesz, nie widzę przeszkód.

Witaj Richard! To jest... o, znacie się widzę! Prowadź.
Dużo coś znajomych się spotyka, nie Seed? Mówisz że to Hutch niejaki... Nieruchomości kontrolował. Ciekawe...
Richard, jeszcze chwilę. Mam już chyba coś. Jestem na dobrej drodze do ustalenia kto odpowiada za te rzeźby dziwaczne. A co do podpaleń: nijaki Peter Willow. O, tak wygląda. Jakiś dziwny sekciarz i piroman. Będę się dowiadywał więcej. Nie rób nic póki nie zdobędę dalszych informacji. Słowo? Dobra, idę do tamtych, trzymaj się!
Tyle chwilowo mogę pomóc. Mechanic ? będziemy w kontakcie. Jak obiecałem, uratuję wam tyłek u Schneidera. Cieszysz się? Mam też kilka spraw do załatwienia. I, jak widzę, zważywszy na ostatnie okoliczności, nader przykre i niefortunne, musicie odbyć istotną naradę. To nara!

Wiem że tu jesteście, pojawcie się! Mam... kilka istotnych spraw. O, wiedziałem. Nie trzeba być nader zdyscyplinowanym, wystarczy nieco oleju do łba wtłoczyć. Nie, Alma?
Witaj Radon. Jestem zdolny przedstawić naprawdę sporo ciekawych ? moim zdaniem ? informacji. Pragnąłbym także złożyć pewna prośbę, do Gresila bezpośrednio. Oczywiście w miarę możliwości. Pozwolisz zacząć od...

Dobrze, będę czekał. Byłbym jednak niezmiernie kontent i zobowiązany, gdybyście mogli rozmówić się ze mną jeszcze dzisiaj.

Hej Rakowski! Ano ? dam ci dziś zarobić. I to nawet lepiej niż zawsze. Wakizashi mówisz na jutro będzie? Świetnie! Na teraz pragnąłbym tylko jakiejś mocnej giwery. Moooocniej. O, ładna, wezmę. I jakieś fajne kuleczki. Wiesz, wybuchowe, rozpryskowe, zapalające. To Adrian po nie jutro podskoczy.

Czemu czuję się jak domokrążca? Mimo iż krążę między moimi domami... Albo Święty Mikołaj. To drugie zdecydowanie fajniejsze! Worek gdzieś w kieszeni powinienem mieć. O, czapkę też się skombinuje! No, jedziemy. Nigdy nie myślałem, że przy paranoi można się tak ubawić!

Witaj Mechanicu! Co taki przybity? Cholera! Kiedy? Kincade... Znajdziemy ją, zajmę się tym. Narrows to świetne miejsce na ukrycie się, wierz mi. To pod Arkham za 20 minut.
Dobrze że czas jest względny, zaliczę jeszcze z jeden komin...

Strasznie wampirzysko wygląda. Zdejmę lepiej tą czapkę, resztki przyzwoitości trzeba mieć... jeśli ma się resztki rozsądku i przebiegłości. Źle. Choć myślę, że mógłbym pomoc. Jestem już na dobrej drodze. Nie bój się, spokojnie ją się jeszcze da odzywać. Możesz dniować u mnie.
O, kurwa! To on! Ten ghul, czy ktoś, od Setytów! Żywcem go! To ułatwi odzyskanie Lilo!
Scheisse, niezły! Ale teraz mam Cię, Kempfer, Brujah to fajna sprawa. Będziesz mój! Jaki kurwa wojownik?! Bierz go Mechanic! Nie słuchaj go, to jedyna szansa dla Lilo! Żywcem! Dostał. Aa, kurwa! Pali! Fike! Lecąc 15 metrów można się nad wieloma rzeczami zastanowić... Ten Mechanic naprawdę dobry jest. Adrian, Żywceeem! Kurwaaaa! Kretynie, powinienem cię zabić! Zostaw go Mechanik, to nie jego wina. Uspokój się jeden z drugim. Adrian, na przyszłość postaraj się wykonywać moje prośby.
Zobaczmy co on ma przy sobie, może to chociaż cośkolwiek powie. Fajna zabawka ta kusza, przyda się jako kołkomiotacz. Sisi... Przecież, tylko jeden taki medalion powstał, dała mi go w dwunaste urodziny. A mój... jest, w tej kieszeni. Mechanik na ciebie patrzy, opanuj się Maksymilianie. Rosenkranz... Bierzemy to prosetyckie ścierwo do mnie.

Tutaj możesz spać. Tam nie właź ? zgubisz się. Tu jest telewizor, tam kuchnia. Witaj w mojej domenie. Idę robić bydło. Dołączysz się? Pokażę jak to się robi w Narrows.

Kto by pomyślał ? w łachmanach, a taka dobra krew, nie? O... kto zacz? A, to do mnie. Poczekaj chwilę proszę, może coś będę więcej o Lilo wiedział. Witaj ponownie, Radon. Szkoda, że znów jesteś jako posłaniec, nie prywatnie. Straszna robota, prawda? Gresli nie zechciał... Dobrze, miło mi. To właśnie chciałem zrobić. Myślę ze uda mi się uzyskać dość sporo informacji o Tremere. Tylko prosiłbym Was...

Podziękuj Piotrowi. Szczególnie za to ostatnie. I ? pozostajemy w kontakcie. Nie bój się, ten Brujah nic nie podsłuchał. To... znajomy. Cośkolwiek już wiem więcej. Jutrzejszej nocy odbędę rozmowę najprawdopodobniej, kwestia wolności Leeloo równie zostanie tam poruszona. Bądź dobrej myśli. Natomiast co do Setyckich prowokacji. Umieram już dość długo, widziałem conieco. Śmiem wysnuć wniosek że ktoś im zapłacił za robienie wam Kolo dupy, i to sporo. Przekaz to Sidowi. Wracajmy.

Wyjdę na chwilkę. Będę za 20 minut. Bądź grzeczny.

Adrian... Zlecę ci trudne zadanie, ale liczę ze sobie poradzisz. Jedź na Staten Island. Do Fundacji na Staten Avenue 7. Zanieś ten list, czekaj z godzinę na odpowiedź i wracaj. Nie rzucaj się w oczy. Powodzenia.

O, Seed. Czego szukasz? Mojego domostwa? Hoho, Mechanicu! Zapraszać Brujaha pod swój dach... Dobra, za mną!

Mechanik, na przyszłość... Łał, fajnie. Niech ci ta buteleczka na zdrowie wyjdzie, moje zdrowie. Nie, nic się nie stało. Hehe! Tylko na przyszłość uprzedzaj gdy zaprosisz kogoś do mojego domostwa. Od dzisiaj będę udzielał następujących rad pająkom ? niech zapraszają muchy do swych sieci w szczerych chęciach i czystych intencjach. Wtedy same wpadną im do paszczęk.

Dobra, pogadaliśmy, dowiedzieliśmy ze Brujahowie wpierw się Tylera zapytają zanim zaczną robić po swojemu. Czas lulu, Mechanicu!


Komentuj (0)





Link 01.07.2010 :: 00:00

15 grudnia 2004,

Kwiat Jaśminu cz.2

by Etherald

Wspaniale. Muszę przyznać, że limuzyna pani Midori, czy też Kincade'a, jakby to było ważne, prezentuje sie odpowiednio - skórzane obicia, przyciemniane szyby, i wszystko co nowobogaccy, niech im słonce ciepłym będzie, zwykli w swych limuzynach umieszczać. Efekt nieco psuje leżący na podłodze, częściowo skamieniały Mechanic z kołkiem w sercu. No cóż, nie mozna mieć wszystkiego, a pan Schneider nie będzie mieć swojej przeklętej skrzyni. Napawa mnie to swego rodzaju satysfakcją. Wysiadamy, jakaś hala, pełno betonu, jestem nieco poddenerwowany, to nie przystoi arystokracie. Służący, oczywiście Japończyk, czegóż innego mozńa by sie spodziewać, prowadzi nas poprzez labirynt papierowych scianek - czy oni wszyscy muszą koniecznie mieć jakis labirynt?! Cela, dosyć wygodna, zdecydowanie lepsza niż te pod Arkham. No cóż, trzeba będzie sie potargować, a nuż uda sie wyjsć z tego w miarę cało...

Rozmowa z Midori zakończyła sie osiągnięciem pewnego konsensusu. Obawiam się, że za duzo jej powiedziałem, o Hed-Kath i Schneiderze, choć pewnie i tak o tym wszystkim wiedziała. Podejrzewam ze ma... wiarygodne źródła informacji. Powiązane z szeptami, któe słyszałęm wokół niej. Dała nam nawet wybór, Stern koniecznie chce przekonać Hed-Kath do współpracy z Midori, po tym jak usłyszał o alternatywach - wykradaniu ksiag z bliblioteki Schneidera oraz o zdobywaniu przedmiu będącego w posiadaniu Malachiego. Cóż, nie sposób odmówić mu pewnej racji. Choć z Lex Taumaturgica chętnie bym się zapoznał, i prawdopodobnie to nie on będzie musiał rozmawiać z Almą... Brr, nie chcę sobie nawet przypominać ostatniego rytuału, niewiele brakowało. Ciekawe co Midori powiedziała Sternowi i Mechanikowi? I co stało się temu ostatniemu że tak się nagle zmienił, to chyba nie jego skamieniała ręka... Zasypiam.

Od chwili kiedy się obudziłem wiedziałem że cos jest nie tak, dziwne przeczucie, będę musiał je kiedyś dokładniej przeanalizować. Z pewnoscią ktoś wchodził tu w dzień. Ale, już przychodzi służący, chce żeby za nim iść. Ponownie labirynt, jakaś sala - ciemno, świeca na środku, wszystko pachnie krwią. Bogowie, nie wiem ile ich to kosztowało, ale robi wrażenie... krąg ma co najmniej 20 metrów średnicy, i na tym się nie kończy - setki świec na ścianach, pełno symboli, do czego oni tego używają, do przyzywania Słońca w środku nocy? Siedzimy na środku, nasza trójka, oni zaczynaja odprawiać jakiś rytuał, co gorsza nie jestem pewien jaki. Midori podchodzi do nas, z pergaminem i piórem w ręku. Zaraz, cos dziwnego... głos, co on mówi, moja świadomość zanika na chwilę, j a n i e c h c ę t e g o p o d p i s y w a ć ! ! ! ... Mechanik też podpisuje. Z błogim uśmiechem na twarzy. Do diabła.. albo może lepiej nie. Stern podpisuje jako trzeci dokument, z kamienną twarzą, może choć on, jako prawnik, będzie wiedzieć co tam właściwie było napisane! Papier rozpada się w proch... Zawroty głowy, ciemnośc...

Otwieram oczy. Minęły dobre... cztery godziny? Siedzimy, wszyscy trzej, na jakiejś ławce. Nie wiem skąd sie tu wzięlismy, co sie stało... Ach, kartka papieru. "Które zadanie wykonacie? Midori.". Ten przeklęty rytuał, to było cos w rodzau przysięgi. PRoblem jest taki, że na dobrą sprawę nie wiemy do czego się zobowiązaliśmy... Stern też nie wie, nie był w stanie nawet zidentyfikować alfabetu. Cóz, plus jest taki, że żyjemy. Mniej więcej. Choć nie jest pewne, że ten stan utrzyma się specjalnie długo...

Komentuj (3)





Link 30.06.2010 :: 00:00

14 grudnia 2004,

Kwiat Jaśminu cz.1

by Ismael Stern

- Pan Badeni? Słucham... Adolf Schneider... taaaak?
Hawkins, raport.
- Przysługa... hmm.
Sprzedać. NWI nie jest zainteresowane tym patentem. Dictum acerbum.
- Za godzinę i szesnaście minut... OK, będę.
Póki co przychylam się do pańskiej opinii. Przypomnijmy im ich miejsce w szeregu - pozbyć się tych 10%.

Kiedy odebrałem telefon od pana von Badeni, od czasu naszego ostatniego spotkania minęły dwa długie miesiące. Byłem nieco zajęty, ale cóż począć... prośbom o przysługę się nie odmawia.
Rhode Island. Stoimy przed magazynem. Ja, Badeni i jeden Brujah na lśniącym motorze.Maniakalny morderca zwany "Mechanikiem", któremu zdaje się zaufali i Etherald, i Max Bayern, i Schneider. Jak to ten Malkavianin nazywał? Demencja? Mniejsza z tym.
- Panowie, mamy wydostać tą skrzynię. I zrobimy to, w miarę możliwości, bez rozlewu krwi.
Zapalam cygaro i podchodzę do trzymającego wartę przed drzwiami ochroniarza... piękna dziś noc... choć trochę śnieżna.
- Mały spacer dobrze by ci zrobił. Przejdź się, przyjacielu, na Manhattan.
Kevlar zaczyna posłusznie zmierzać w swoją stronę. Niestety jakiś nadgorliwiec z wewnątrz zauważył, że opuszcza posterunek i wzywa go przez radio. Szlag trafia ciche rozwiązania, a Brujah dostaje swoją, jak raczył to wcześniej w Fundacji Tremere określić "rozpierduchę". Wpadamy do środka. Krew wrze w całym ciele, przesłaniając wzrok i przejmując myśli... bestia na wolności. Kolejne rany się zasklepiają i kolejni ochroniarze osuwają się martwi na ziemię... wpadłeś i nie masz wyboru, Is, albo oni albo ty! Tylko, do ciężkiej cholery, dlaczego to mnie bawiło?
Walka wydaje się skończona. Wchodzę między kontenery szukając skrzyni, podczas gdy Mechanik z von Badenim idą sprawdzić biura. Nie było mi dane ochłonąć - wnet dochodzi do mnie odgłos strzałów, później ryk Brujaha:
- Spieeeerdalać!!! - Kto jak kto, ale jeśli on doszedł do takiego wniosku, to coś musi być na rzeczy. Nie zastanawiając się długo wybiegam na zewnątrz. Za drzwiami staję w miejscu. Żegnaj Nowy Jorku, pora powiedzieć światu "dobranoc" - przede mną Midori Satsujin we własnej osobie. Wskazuje na oparty o ścianę magazynu drewniany miecz. Albo chce mnie upokorzyć, albo dać mi szansę... nieważne. Niechże przynajmniej skończę z honorem.
- Skoro mnie wyzywasz, pani, przyjmuję. Choć obawiam się, że nie dotrzymam Ci długo pola.
Rzeczywiście, nie dotrzymałem.

Komentuj (1)




Archiwum

2016
styczeń
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec

Linki


Księga gości

Wyślij wiadomość